Jak stworzyć puzzle z własnego zdjęcia? Nic prostszego z poniższym wideoporadnikiem.
Subiektywny obraz Świata oczyma Technicznego
Jak stworzyć puzzle z własnego zdjęcia? Nic prostszego z poniższym wideoporadnikiem.
W ostatnim odcinku podłączyłem dysk do routera (Dir-320 z DD-WRT), więc przyszła pora przyjrzeć się możliwością wykorzystania go do transferu plików. Rozwiązanie jest bardzo wygodne – ustawiamy co ma się ściągnąć, wyłączamy komputer, a router ściąga co trzeba, choćby i dwa dni. 320GB na dysku daje jednak spore możliwości, jeżeli mamy skąd i co ściągać.
Czytaj resztę wpisu »
Wczoraj wreszcie trafiłem na ciekawą promocję i kupiłem przenośny dysk twardy. Samsung 2,5″, 320GB w całkiem zgrabnej obudowie. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad niewiele droższym dyskiem 3,5″. Pojemność trzy razy większa a cena podobna. Przeważyły jednak dwie kwestie – energooszczędność, a co za tym idzie temperatura w szafce i hałas. Mimo, że producent zarzekał się na pudełku jaki to eko-cichy jest dysk, to jednak miałem wewnętrzne opory, żeby w to uwierzyć. Dysk 2,5″ jest zupełnie niesłyszalny z szafki w przedpokoju, nawet w nocy.
Po co mi taki duży dysk podłączony do routera? Czasem chciałbym coś ściągnąć, czy to przez ftp, scp czy torrenta, bez pozostawiania włączonego komputera. Poza tym chciałbym robić kopie zapasowe ważniejszych plików z komputerów domowych a także robić kopię niektórych plików z serwera. Zastanawiam się jedynie nad bezpieczeństwem. Czy można zaufać bezpieczeństwu danych na dysku routera podłączonego na stałe do sieci? Na pewno podtrzymam wstępne założenie – tylko port dla ssh jest otwarty na zewnątrz. Wszelkie inne usługi mają być tunelowane przez ssh.
Czytaj resztę wpisu »
DD-WRT działa na moim D-Linku DIR-320 już jakiś czas a konfiguracja nieco się zmieniła. Warto więc napisać kilka słów na ten temat. Będzie bardziej technicznie niż w ostatnim odcinku, ale też treściwie.
Po tygodniu około obcowania, router pozwala mi teraz połączyć się z zewnątrz i bezpiecznie korzystać z Internetu. Co ważne, DIR-320 z DD-WRT, póki co, pracuje bardzo stabilnie. Nie podłączyłem jeszcze do niego dużego dysku twardego, więc ściąganie danych z sieci przez FTP czy torrenty nie ma chwilowo większego sensu, ale to tylko kwestia czasu (i znalezienia sensownej promocji na dyski). Podłączona jest za to drukarka (Canon iP4000), która dzięki temu stała się dostępna dla wszystkich komputerów w sieci.
Czytaj resztę wpisu »

Stało się, zrezygnowałem z linii telefonicznej (która i tak była na stale zawieszona, jako że rolę telefonu stacjonarnego przejął już dawno VoIP). W zamian wziąłem Internet z kablówki, która ma całkiem niezłą ofertę (z uwagi na brak konieczności utrzymania “nieużywanej” linii telefonicznej). Przy okazji sprzedałem router ASDL – dobrego, stabilnego Linksysa. Jego miejsce zajął D-Link DIR-320. Co mnie skusiło? Port USB i fakt, że to “edycja OpenSource”. Bardzo mi się podoba podejście producenta, który na swoich stronach umieścił instrukcję, jak wgrać do routera alternatywne oprogramowanie.
Zanim jednak przejdziemy dalej, opowiem jak wygląda moja sieć domowa i jaka jest moja docelowa jej wizja. Centralnym punktem systemu jest “mała serwerownia” – szafka w przedpokoju ze sprzętem. Stoi tam rzeczony router, modem z kablówki, bramka VoIP Linksysa i stary desktop z Linuksem. Poza tym z sieci korzysta przewodowo jeden komputer stacjonarny i bezprzewodowo dwa laptopy, telefon komórkowy i iPod.
Sensownym pytaniem i kluczem do dalszej wizji infrastruktury jest – po cholerę ten desktop w szafce? Jak mam jakieś duże pliki do ściągnięcia to go włączam i ściągam, może pracować choćby całą noc i cały dzień. Gdy wychodzę z domu i potrzebuję się dostać do prywatnych plików – loguję się do niego przez ssh i w razie potrzeby ściągam. Jeżeli jestem gdzieś poza domem połączony do sieci WiFi, do której nie mam zaufania – łączę się z nim i zestawiam połączenie VPN i mogę bezpiecznie surfować po sieci. Czasami nie potrzebuję nawet VPNa, przez ssh otwieram sobie tunel do lokalnego proxy i też mogę bezpiecznie przeglądać strony www. Zastosowań jest wiele. Problemy też są – komputer pobiera sporo prądu, jest dość głośny i wydziela ciepło. Poza tym trzeba pamiętać, żeby go włączyć czy wyłączyć. Idealną sytuacją byłoby, gdyby wszystkie jego funkcje mógł przejąć router. Nierealne? A jednak.
Czytaj resztę wpisu »
Dobra wiadomość dla posiadaczy smartfonów Nokii z Symbianem S60 i użytkowników Google Calendar. Google w końcu opracowało działającą metodę synchronizacji kalendarza z telefonami. Poprzednia metoda przez chwilę działała i nagle przestała.
Nowa metoda opiera się o oprogramowanie Mail for Exchange, które ściągamy ze strony Nokii. Potem już tylko kilka prostych kroków konfiguracji, ustalenie harmonogramu i już możemy cieszyć się automatyczną synchronizacją kalendarza i nawet może kontaktów. Na razie nie daje się synchronizować poczty, ale może to tylko kwestia czasu.
Cały proces jest opisany, krok po kroku, na stronach Google. Polecam, na razie działa rewelacyjnie. Swoją drogą to niezły cios w twórców niezależnego oprogramowania do synchronizacji.
Dla wszystkich, którym pasek adresu w Firefoksie 3 działa w tempie ślimaczym mała recepta:
find ~/.mozilla/firefox/ -name “*.sqlite” -exec sqlite3 ‘{}’ “VACUUM” \;
To pocelenie porządkuje bazy (usuwa puste miejscie, układa odpowiednio dane) używane przez Firefoksa. Operację należy przeprowadzić przy wyłączonej przeglądarce, bo inaczej pliki baz będą zablokowane.
Oczywiście nie jest to recepta dla posiadaczy Windowsa, ale kto jeszcze używa tego systemu
Jeszcze nie tak dawno mógłbym napisać “któż z nas nie spędził choć jednej nocy nad grami na swoim ośmiobitowcu” i nie zastanowić się specjalnie nad prawdziwością tego stwierdzenia, uznając je za pewnik. Gdy teraz napisałem te słowa ogarnęło mnie zwątpienie i zacząłem liczyć. Obecni nastolatkowie, gdy Sir Sinclair świętował sukces swojego mikrokomputera, mieli… mieli się urodzić za kilkanaście lat. Ależ ten czas leci. Większość z nich nie widziała pewnie komputera ośmiobitowego, a dyskietki 5,25″ są eksponatem muzealnym. Ba, wkrótce wogóle o istnieniu dyskietek mało kto będzie pamiętał, wszak już dziś zapomnieliśmy o sformułowaniu “dysk elastyczny” dla określenia dyskietki (w odróżnieniu od dysku twardego).
Postęp techniki jaki dokonał się w ostatnich lat jest ogromny i nie zawsze zdajemy sobie z niego sprawę. Mój obecny telefon komórkowy, kilkanaście lat temu mógłby zostać okrzyknięty superkomputerem w miniaturze. Wszak jego moc obliczeniowa jest większa od wszystkich moich poprzednich komputerów domowych, no z wyłączeniem może 2-3 ostatnich. Karta pamięci wielkości paznokcia, na której telefon zapisuje podręczne pliki jest 200 razy pojemniejsza niż mój pierwszy dysk twardy. Nie mówiąc już o tym, że pojemność odpowiadającą temu dyskowi odczytuje w czasie, gdy tamten nie zdążyłby nawet poruszyć głowicą. A jak to porównać do ośmiobitowca? Atari 800XL było bardzo chwalone za szybką obsługę stacji dysków (30 razy szybszą niż odczyt z magnetofonu), a teraz mój telefon jest szybszy 200 razy przy… ściąganiu danych z Internetu. O szybkości procesora taktowanego zegarem 1MHz lepiej nie wspominać.
Czy w takim razie gry z tamtych czasów mogą kogoś bawić? Cała logika, świat i grafika upchnięta w kilkunastu-kilkudziesięciu kilobajtach. Tyle teraz zajmuje miniaturka zdjęcia na stronie internetowej. Czy w to daje się grać? Dla osób przyzwyczajonych do super-hiper efektów rodem z kina odpowiedź prawdopodobnie brzmi – nie. Jak w takim razie wytłumaczyć nieprzespane noce spędzane nad River Raidem?
Przede wszystkim gry na ośmiobitowce były dobrze przemyślane. Dzięki temu wiele z nich cechuje świetna grywalność – coś czego brakuje wielu współczesnym grom. Oczywiście nie twierdzę, że aktualnie produkowane gry są kiepskie, wręcz przeciwnie, wiele z nich to prawdziwe hity i też potrafią zająć na długo. Tamte gry mają jednak swój czar. Pewnie dzisiaj nie przyciągną już nowych graczy, bo nawet mało kto wie jak je uruchomić. Nie każdy ma jeszcze na strychu swój stary mikrokomputer, ale użyć można także emulatora. Jest to program, który pozwala na współczesnym komputerze (lub telefonie czy innym urządzeniu) uruchomić programy przeznaczone na inne platformy (np. na stare Atari czy ZX Spectrum).

Dla osób, które nigdy nie widziały gier z tamtych czasów może to być niezła lekcja historii. Natomiast dla pokolenia 30-40 latków będzie to jak podróż w czasie. A może nawet zdecydujesz się na kupno używanego 8-bitowca? Może to być niezły pomysł na jakąś imprezę. Wspólna gra ze znajomymi, którzy mają podobne doświadczenia, może dostarczyć niezłej frajdy. Fakt, że pudełko po ZX Spectrum w dobrym stanie może kosztować tyle co twoja komórka, a Commodore 65 nawet więcej niż Twój samochód, ale jak się postarasz to znajdziesz używany mikrokomputer w dobrym stanie za kilkadziesiąt złotych.
Gdy zdecydujesz się poczuć wspomnień czar, na nowo odkryjesz takie tytuły jak River Raid, Boulder Dash, Ninja, Zorro, Donkey Kong, Bruce Lee, Archon, Raid Over Moscov czy The Goonies, Moon Patrol, Misja, HERO, Robbo, Zybex czy trylogia Spy vs Spy. Może po takiej przygodzie w inny sposób spojrzysz na współczesne gry i zastanowisz się, jak będzie wyglądał rynek rozrywki za kolejne 20 lat…
Każdemu blogerowi, prędzej czy później, choćby blog początkowo był pisany wyłącznie dla siebie, zaczyna zależeć na odwiedzinach Internautów. Oczywiście ciekawa treść najlepiej przyciąga odwiedzających. Co jednak zrobić, gdy chcemy, żeby nasz blog oferował coś jeszcze? Możemy sobie wyobrazić, że gra online oferowana na blogu sprawi, że Internauci będą chętniej do nas wracać i spędzać na naszym blogu więcej czasu. Przy okazji mamy większą szansę, że natkną się na nowy, ciekawy wpis. Dobrym dodatkiem na bloga będą więc puzzle online.
Serwisem oferującym darmowe puzzle na bloga i stronę www są Puzzle Online (www.ipuzzle.pl). Instalacja puzzli na blogu lub stronie jest prosta, o ile mamy prawo wstawiać do wpisów lub innych elementów strony kodu html i javascriptu. Brzmi przerażająco? Niepotrzebnie. Za chwilę pokaże jak to zrobić, krok po kroku. Jako przykład wybrałem platformę blogową Googla – Blogger.com, oferującą bezpłatne blogi w domenie blogspot.com. Googlowe blogi oferują świetną funkcjonalność i duży stopień niezawodności przy zachowaniu bardzo prostej obsługi. Oczywiście czynności, które musisz wykonać, żeby wstawić puzzle na innego bloga, będą zbliżone. Szczegóły będą się różnić, natomiast zasady pozostają te same.
Pierwsze co musimy zrobić, to zdecydować, czy chcemy przygotować specjalny post, w którym zachęcimy czytelników do układania i rywalizacji z innymi Internautami, czy też wstawimy obrazek na panelu bocznym bloga, tak żeby zawsze był dostępny. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić obie te rzeczy jednocześnie. Zacznijmy jednak od początku.
Pobieramy puzzle
Aby móc wstawić puzzle na naszą witrynę musimy odwiedzić sekcję serwisu Puzzle Online odpowiedzialną za dodatki na bloga. W tym celu w przeglądarce wpisujemy adres http://www.ipuzzle.pl/webmasters.php i podziwiamy mnogość obrazków, które mamy do wyboru. Gdy już zdecydujemy się na właściwe, pasujące do naszego bloga, zdjęcie, klikamy na nim.
Pojawi się krótki formularz, w którym musimy podać adres i nazwę naszego bloga oraz wybrać kilka parametrów. Wybieramy jaki ma być rozmiar zdjęcia prezentującego puzzle na naszej stronie. Jasne jest, że jeżeli puzzle wstawiamy do panelu bocznego, to odpowiednie będzie małe zdjęcie, a jak poświęcimy im osobny post, to możemy wybierać między małym a dużym. Ilość wyświetlanych najlepszych wyników to decyzja, która może podgrzać czytelników do rywalizacji. Oczywiście lista zabierze trochę miejsca, więc jeżeli nie przewidujemy pędu do rywalizacji, możemy z niej zrezygnować. Trochę miejsca zabierze też opis obrazka, z którego możemy zrezygnować, chyba że zależy nam na walorach edukacyjnych gry. Wybór, czy chcemy by przycisk “ułóż puzzle” był widoczny, to w gruncie rzeczy ocena domyślności naszych gości. Gdy wybraliśmy duży obrazek z opisem to taki przycisk będzie bardzo wskazany, natomiast gdy chcemy wstawić tylko miniaturkę zdjęcia na boczny panel, możemy zastanowić się czy z niego nie zrezygnować. Ostatnim elementem jest wybór kolorystyki naszego gadżetu. Od niej zależy jak dopasowane będą puzzle do naszego bloga. Na szczęście po każdej zmianie w formularzu widzimy podgląd na żywo naszego widżetu.

Gdy już jesteśmy zadowoleni z wyglądu, a dane, które wpisaliśmy są poprawne, wciskamy przycisk “wyślij”. Pokazuje się strona, na której wyświetlany jest kod HTML, który musimy przenieść na swojego bloga. Kopiujemy ten kod do schowka, a dla pewności możemy też zapisać w jakimś pliku tekstowym i logujemy się do bloga.
Puzzle jako osobny post
Załóżmy na początek, że chemy polecić czytelnikom rywalizację w osobnym poście. Wchodzimy więc w tworzenie nowego posta – zakładka zamieszczanie postów/utwórz. Tego jak napisać tekst zachęcający do układania puzzli, nie będę tłumaczył wytrawnym blogerom. Gdy natomiast chcemy wstawić wygenerowany kod HTML, aby w odpowiednim miejscu pokazały się puzzle, przełączamy zakładkę edytora z “Nowy post” na “Edytuj kod HTML”.

Po tej czynności pozostaje wkleić kod i opublikować post. Od tej pory możemy oczekiwać na komentarze czytelników, którzy będą pewnie się chwalić osiągniętym wynikiem.

Puzzle w panelu bocznym
Wstawienie puzzli do panelu bocznego nie jest wiele bardziej skomplikowane. Pamiętać należy tylko, żeby przy wypełnianiu formularza w serwisie Puzzle Online wybrać mały obrazek i zrezygnować jego opisu. Jest to konieczne, żeby szerokość widżetu nie była zbyt duża.
Aby zmienić panel boczny musimy, po zalogowaniu do bloga, przejść do zakładki “Układ” / “Elementy strony” i w odpowiednim miejscu wybrać “dodaj gadżet”.

W okienku, które się otworzy wybieramy plusik przy pozycji “HTML/JavaScript” a następnie podajemy jakiś tytuł (np. puzzle) i większe pole wklejamy kod HTML pobrany z serwisu z puzzlami. Po akceptacji i zapisaniu układu bloga przy użyciu przycisku “zapisz”, możemy podziwiać nowy układ. Proste, prawda?

Czy może to być atrakcyjny element dziennika internetowego, każdy bloger musi ocenić sam. Może jednak warto umieścić puzzle na próbę. Jest to element niewątpliwie ożywiający witrynę.